Wt07292014

Aktualizacja07:03:17 AM

Czekoladowy weekend

(0 - Ocena użytkowników)

 

Ekscytowały nas już same przygotowania, a także spojrzenia rzucane przez ekspedientki i przypadkowych przechodniów. Nakupowałyśmy w sklepie na rogu chyba z setkę gorzkich wedlowskich czekolad. Zdaniem M to sama esencja czekolady, kupując mleczne, miałybyśmy do czynienia z całą toną mleka i cukru...

 

 

Nie mówiąc już o tych z bakaliami, gdzie szwendało się mnóstwo rodzynków, orzechów i podobnego ustrojstwa. Wedlowska była w sam raz. Jak gorzki, ciemny napój z nadchodzącym później posmakiem słodyczy.

M nie zawracała sobie dzisiaj głowy ubraniem. Chodziła po domu nago, a ja miałam ucztę dla oczu. Nie wiem, dlaczego uważałam, że ma ona w sobie mnóstwo seksapilu, na pierwszy rzut oka nie była nawet ładna. Dość drobna, za to z szerokimi biodrami i efektownie zarysowanym kształtem piersi, przywodziła na myśl Nuda Veritas autorstwa Klimta. Na jej mlecznobiałej cerze migotały złotawe piegi, uroczo czerwieniły się wzwiedzione sutki. Gdy ją poznałam, czyli trzy lata temu, była zagorzałą zwolenniczką naturalnego piękna i nie goliła owłosienia na ciele. Ja z moim zupełnie innym podejściem wdarłam się w jej życie i teraz radowałam się gładkością i śnieżnością delikatnej jak jedwab skóry... pozostała jedynie kępka na wzgórku łonowym, połyskująca rudością i blaskiem skręconych kędziorków. W takim stanie M trzymała mnie od rana, od czasu, gdy przyszłyśmy z zakupów.

Ja nie umiałam nie używać ubrania, nawet w sytuacjach sam na sam lepiej czułam się w czymś nawet bardzo skąpym, ale zawsze. Założyłam ekskluzywny komplecik bielizny, który przywędrował tu ze mną jeszcze z dawnego życia. Miałam go na sobie raz w noc poślubną, nawiasem mówiąc – kompletnie nieudaną. I szlafroczek. Szlafroczek z tyłu sięgał mi do połowy pośladków, z przodu rozchylał się, ukazując małe majteczki z koronkowo-przezroczystą wstawką. M paradowała boso, plaskając stopami po podłodze, zastanawiałam się, czy jej nie zimno. Cała naga i jeszcze te stopy. Sama założyłam puchate kapcie, bo doprowadzała mnie do szału możliwość wdepnięcia w jakąś przypadkową kałużę.

 

Przy boginio-kształtnej M ja byłam trochę zbyt wyrośnięta, chuda i niezgrabna, taka chłopczyca, choć nie czułam się źle w swoim ciele. Przewyższałam ją o głowę i miałam nieco ciemniejszą karnację, wpadającą w złoto w opalających się okolicach i w ciemny brąz na brodawkach sutkowych. Włosy miałam też inne, ujarzmione, zaczesane do tyłu w surową fryzurkę. Byłam chemikiem w laboratorium i cholerę zawód ten niestety wymagał naprawdę minimalnej kobiecości. Miałam zniszczone dłonie przez setki zetknięć z różnymi odczynnikami i szereg uczuleń, ale co tam. Słodka i delikatna M nie widziała przeszkód, by mieszkać ze mną i bawić się ze mną w gospodarstwo. A nawet by taplać się w czekoladzie.

Czekolada, faktycznie. Na gazowej kuchence mościł się wielki garnek z rozgrzanym brzuchem. Buchał z niego niebiański zapach i obie z M nie mogłyśmy się od niego oderwać. Na szczęście nie było trzeba, bo niemieszanie groziło przypaleniem, a to zburzyłoby całe plany na dzisiejszy wieczór. Bulgotanie wyrwało nas z rozmarzenia, ja pobiegłam przygotować łoże, a M „narzędzia zbrodni”. Były to różnego rodzaju naczynka, dzbanuszki, filiżanki i spodeczki – miałyśmy zamiar połączyć przyjemne z pożytecznym, zmysł smaku ze zmysłem dotyku i może jeszcze innymi. Łoże miało natomiast ogromny rozmiar i było miękkie, wyścielone jednorazową, ale bardzo miękką, miłą w kontakcie narzutą. Z radością zaczęłam się na nim rozkładać, przyjmując dość wyszukane pozy, na co weszła M. Dumnie, jak jakaś bogini dzikich, wniosła parujący kocioł z czekoladą i ustawiła go na szklanym stoliku – jak już nieraz testowałyśmy, doskonale znosił wysokie temperatury. Poza tym wyglądał niezwykle szlachetnie i cieszył oczy tak samo, jak baldachim nad łóżkiem! Tak, miałyśmy baldachim. Dwie księżniczki na szklanej górze, ze szklanym stolikiem i z czekoladą.

Zdjęłam szlafroczek i bieliznę, której wcale prawie nie było, sprawdziłam namacalnie gładkość i miękkość łoża. Później przyłączyła się do mnie M, więc sprawdziłam również jej gładkość. Wszystkie wypadły zadowalająco. M sięgnęła po naczynie, nieduży dzbanuszek z dzióbkiem. Czekolada już nie parowała. Wylana na moją skórę, miała przyjemną temperaturę trochę niższą niż wosk, ale wzbudzającą również ekscytujące impulsy w komórkach receptorów. Rozpływała się i zastygała, powlekając ciało atłasową polewą – po kilku chwilach wyglądałam jak tort przygotowany rękami najlepszego cukiernika. Warstwa czekolady była cieniutka, ale kryjąca, otaczająca niezwykłą fakturą część brzucha poniżej piersi i same piersi na kształt doskonale dopasowanej odzieży. M bawiła się świetnie. Nalała mi odrobinę czekolady w pępek i włożyła tam swój ostro zakończony jęzorek. Podniosła się rozradowana i słodko umazana czekoladą. Wylała cienki strumyczek na mój wzgórek łonowy, a ciepła i gładka ciecz popłynęła niżej, otoczyła moją cipkę i jej płatki miękką rozkoszą. Niezwykle sympatyczne doznanie!

 

M była już trochę zniecierpliwiona, zaczęła chlapać czekoladą na prawo i lewo... I tylko napominała, leż spokojnie, nie ruszaj się, nie psuj mi efektu. Leżałam: jak biało-brązowy motyl wtopiony w narzutę. I uśmiech M, budzący impulsy tak samo jak temperatura czekolady. Upojnie... Ale najupojniejsze, najukochańsze miało się dopiero zacząć. Czekolada była różnorodnej konsystencji. Tam, gdzie M wylała ją grubszą warstwą, lśniła na powierzchni i zdradzała nazbyt jeszcze ciepłą płynność. W miejscach cieniej pokrywających moją skórę była twarda, zachęcająca i lekko ściągała. Te miejsca M pieściła powierzchnią ust i trochę palcami, wzbudzając przy tym dźwięki takie, jak wydawane przez pękające kry – naturalnie w mniejszej skali. Czekolada łamała się i rozpadała na długie włókna, ledwie zaschnięte i ścięte w powietrzu, już rozgrzewane ciepłem mojego ciała. Czasami płaszczyzny, z wierzchu wypukłe i rozlewające się na brzegach. M zjadała zdobycze i dokładnie wylizywała pozostałości. Z białego bóstwa o bladej cerze stała się bóstwem barbarzyńskim konsumującym ofiarę, z jej czekoladową krwią zastygłą wokół warg.

Ostry język mojej M sprawiał mi nieziemską rozkosz już podczas ślizgania się po pozornie niewinnych częściach ciała, których nikt nie podejrzewał o jakiekolwiek niecne zamiary. Gdy doszła do piersi, oszalałam. Mam niezmiernie wrażliwe sutki, jeden wrażliwszy od drugiego i nawzajem. Wijąc się w spazmach wewnątrz czekoladowej toni musiałam z pewnością prezentować się jak ofiara pogańskiej bogini rozkoszy. Prosto od sutków M wpadła w moje usta i podzieliła się ze mną swoją i moją słodyczą, naszym wspólnym pożądaniem. Zjechała niżej, rozdzierając mnie językiem na dwie znów niezaspokojone połowy. Zatopiła się między płatkami czekoladowych róż i zarzuciła sobie moje nogi na ramiona, bo drżały, a ja nie byłam w stanienia opanować drżenia. Narastało jak wulkan, jak lawina, w końcu wybuchło gejzerem szaleństwa i niezmierzonej radości.

W oparach tejże podniosłam się jak pijana po naczynia, ale nie zrealizowałam swoich zamiarów... Mój ruch zakończył się wylaniem ogromnej ilości na zaskoczoną M, zupełnie bezładnie, przygniatając ją niemalże ciężarem swojej aksamitnej konsystencji. Chciałam delikatnie i powoli, ale M była jeszcze niezaspokojona, niecierpliwiła się, więc używałam języka, palców i gorącego oddechu. Wszystkie trzy roztapiały czekoladę i M, miałam usta pełne czekolady i M. Bawiłam się nią jak konchą muszli, byłam wiatrem i spełnieniem, to wszystko wydyszała namiętnie zespolona ze mną na całej powierzchni, jakbyśmy były jedną zamiast dwoma.

W obrazie czekolady i rozkoszy leżałyśmy razem leniwie, konsumując wiórki, płaszczyzny i powierzchnie, oraz cały całokształt.

Komentarze  

 
# ibanezz 2012-11-02 21:58
Powiem trywialnie :) Rewelacja
pozdrawiam
Odpowiedz
 

Artykuły A - Z

Tagi